Kiedy fiskus zmienia się w detektywa…

Rzeczpospolita , autor: Grażyna J. Leśniak , oprac.: GR

wrz. 25, 2007


Lepiej poprosić skarbówkę o wydłużenie terminu na wyjaśnienie źródła zgromadzonego majątku, niż wymyślać, skąd się wzięty pieniądze. Zwłaszcza gdy podatnik nie ma nic do ukrycia.

Wygrane na wyścigach, w kasynie czy w karty to tylko niektóre pomysły podatników gorączkowo poszukujących dodatkowych źródeł pochodzenia zgromadzonego przez siebie majątku. Niektórzy gotowi są nawet twierdzić, że utrzymują się z nierządu albo sprzedają narkotyki. Wszystko po to, aby przed organami skarbowymi wytłumaczyć się z pieniędzy, za które kupili dom, apartament w dobrej dzielnicy albo luksusowy samochód.

Podatnicy nie doceniała urzędników skarbowych, którzy są bardzo dociekliwi i zwracają uwagę na drobne nawet szczegóły – przestrzegają doradcy podatkowi.

Lepsza gorzka prawda…

Pytanie więc, czy jest sens szukać fikcyjnych dochodów, gdy podatnik nie ma nic do ukrycia, a jedyną jego wadą jest słaba pamięć i brak dokumentów.

O tym, że warto podjąć trud udowodnienia, iż majątek został zgromadzony legalnie, przekonał się nasz rodak który w latach 90. wrócił do Polski z byłego Związku Radzieckiego. Przyjechał tu ze stu dolarami w kieszeni, bo tylko tyle mógł zabrać ze sobą w myśl obowiązującego wówczas prawa. Jego kłopoty z polskim fiskusem zaczęły się po roku 20oo, gdy kupił dom.

– Cały ciężar dowodu spadł na nas. Nie poddaliśmy się jednak i udało się nam wyciągnąć z archiwum tamtejszego urzędu statystycznego kopie wszystkich dokumentów, z rozliczeniami podatkowymi składanymi przez firmę, której kontrolowany był właścicielem. Potem przeliczenie jego majątku z rubli na dolary było zwykłą formalnością – opowiada pełnomocnik podatnika. I dodaje: – Wobec takich dowodów i argumentów urzędnicy musieli skapitulować. Mimo że nie mieliśmy dowodów na to, w jaki sposób majątek ten trafił do kraju.

Więcej Rzeczpospolita.